Płonąca Żyrafa...
Coś nader brzydkiego, coś nader silnego,
Runęło niezdarnie z konstrukcji leniwie.
Jeden, drugi, dziesiąty, dwudziesty,
Każdy z osobna swą głową, tam w dół.
Nakładając na siebie wzajemnie stworzyły,
Budowle pokraczną, Szkaradą nazwaną,
I cienkie jej nóżki na szpilkach stąpały,
Po ziemie, pomiędzy kłącza liści żywych.
By żadnego zbędnego kroku nie uczynić,
Ze szkodą dla każdej tej wrzącej istoty.
Wystając z szuflady, na taśmie mocowanej,
Nieudanej kopii Płonącej Żyrafy,
Spoglądam wytrwale na rzecz powołaną,
Na świat pospolity, przez gruz niepotrzebny.
Z zastanowieniem rozległyn, na milę, o taką,
Szkicowałam obraz wierzy, z niczego powstałej,
I piętnem ją czyniąc na papieru twarzy,
Zapisałam przypadkowe jej istnienie, tu, u nas.
A sama zaplątana w dzikim ogniu Domu Mego,
Powoli, bez wysiłku, ześlizguję się w górę...